Benzyna, rdza i rysy na zderzakach.

Nie zawsze byłem petrolheadem

Cała ta moja wysokooktanowa przygoda pełna przestrzelonych zakrętów i niedopalonego paliwa zaczęła się gdzieś w okolicach piątej klasy podstawówki. W sumie traktuję to raczej jako umowny punkt zwrotny, bo cokolwiek zaczęło się dziać dopiero jakieś pięć lat temu, ale pierwsza iskra zaskoczyła właśnie wtedy, rujnując moje nieistniejące plany na w sumie nawet nie wiem co- ale na pewno coś dużo nudniejszego, tańszego i bardziej wpisującego się w standardy

Wiecie- jakiś handel narkotykami czy doradztwo podatkowe

Wszystko zaczęło się od pewnego czerwonego, ciężkiego jak blok starego HEMI, coupe. Właściwie nie wiedziałem do czego wsiadam- ot, koledzy z klasy wpakowali mnie na kubełkową kanapę żeby podrzucić mnie ze szkoły do domu. To było jakieś 200 metrów w przypominającym koszmar klaustrofoba wnętrzu jednego z bardziej nielogicznych projektów BMW, napędzanego trzystukonnym V12 który, jak się dużo później dowiedziałem, był z ekonomicznego punktu widzenia niezłą wtopą. Po prostu jechałem definicją życia petrolheada.

Przynajmniej jeśli chodzi o tę część z pieniędzmi.

Prawdę mówiąc do teraz zastanawiam się jak mogłem wyjść z tego auta normalny. Miejsca na tylnej kanapie było w sam raz na parę chomików, po odpaleniu silnika z różnych otworów mojego ciała poleciała krew i kolejne trzy tygodnie spędziłem na łóżku przeciwodleżynowym podpięty na stałe do kaczki i butli ze świeżymi spalinami. Później trzeba było przeczekać kilka lat i zaliczyć trochę mocnych uderzeń w głowę i jakieś synapsy (albo raczej ten sznurek od trzymania uszu) wygenerowały pytanie

Ciekawe co się stanie jak wymienię te hamulce sam?

Później już było tylko gorzej. Zabierałem się za rzeczy których nie rozumiem do teraz- remont skrzyni biegów, wymiany jakichś dziwnych części, skubanie szpachli z maski, A co to właściwie jest ten drifting?, zrobiłem prawko, O KURWA MATURA, znalazłem dziewczynę, kupiłem BMW, straciłem dziewczynę, remont silnika, remont układu hamulcowego, kiss the traffic light!, wyjazd na woodstock kompaktem w pięć osób…

I wtedy popełniłem błąd. Z tego wysokooktanowego, śmierdzącego spalinami i spaloną gumą punktu widzenia. Sprzedałem tego małego pognitego Kundla. Nie to, żeby był dobrą bazą do budowy czegokolwiek. Prawdę mówiąc bardziej nadawał się na wyścig wraków albo szybką przekładkę silnika i zakatowanie gdzieś z dala od srebrnej Kii z niebieskimi naklejkami i ioio na dachu niż na choćby daily. Ale przez ten krótki czas kiedy był ze mną zacząłem go traktować jako członka rodziny mimo, że średnio dwa razy w tygodniu kląłem i obiecywałem, że jutro zawożę go na złom. Kiedyś Kundel odpoczywał sobie dwa tygodnie pod śnieżną pierzyną a ja w tym czasie rozbierałem pompę paliwa, wszystkie przekaźniki, bezpieczniki, wiązki i co tylko się dało. W poszukiwaniu benzyny zaglądałem nawet do Golfa sąsiada, który od jakichś dwudziestu pięciu lat jeździ na mieszankę ropy i oleju po frytkach. W międzyczasie śnieg sypał mi na głowę, gołe blachy odmrażały tyłek a ja z latarką w zębach po raz szósty sprawdzałem styki przekaźnika do świateł mijania.

Nie zajrzałem tylko do baku.

Gnojek symulował jak się dało i kiedy się dało, ale mimo to był po prostu swój. I kiedy dowiedziałem się, że skończył staranowany przez dostawczaka przelatującego na „głębokim pomarańczowym” zrobiło mi się po prostu żal. Nawet nie wiem kiedy tak się przywiązałem do kupy gnijącej blachy, wysiedzianego fotela i odpadającej szpachli, do uszkodzonego przepływomierza i zawrotnego 1,6 palącego 14 litrów szlachetnego LPG na sto kilometrów. Dopiero po tym dotarło do mnie, że nie ważne czym jeździsz.

Ważne, że to robisz.

 

pozdrawiam,
Szczypior

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *